Czy ego zniszczy Ziemię?

Tekst ukazał się w 21 edycji dodatku do Gazety Wyborczej "Odpowiedzialny Biznes"

Przywódcy polityczni najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, co jest dziś dla świata najważniejsze i do nowych globalnych problemów zabierają się za pomocą arsenału anachronicznych narzędzi, takich jak: nacjonalizm, rasizm, izolacjonizm, egoizm gospodarczy i fanatyzm. Takimi metodami nie da się rozwiązywać problemów ludzkości, do których należą: wyeksploatowanie naturalnych zasobów Ziemi, deficyt wody pitnej, zatrucie środowiska, kryzys klimatyczny, wymieranie gatunków, przeludnienie.

Zachowanie większości ludzi i polityków wobec tych ogromnych zagrożeń daje się dobrze opisać w kategoriach faz psychologicznego procesu, jaki przechodzą ludzie skonfrontowani z diagnozą śmiertelnej choroby. Proces ten zaobserwowała słynna pionierka psychologii umierania Elisabeth Kübler-Ross. Pierwsza faza to zaprzeczanie – „niemożliwe, żeby było aż tak źle, że to już koniec, oni się pomylili w diagnozie”. Nie możemy uwierzyć w wyrok i gorączkowo szukamy argumentów podważających diagnozę. Potem przychodzi faza agresji – adresowanej do losu, siły wyższej, do autorów owej diagnozy i do tych, którzy nie chorują tak jak my i dalej cieszą się życiem: egocentryczna, agresywna reakcja obronna, która może realizować się w agresji wobec niewinnych ludzi. Następna faza to targowanie się – z losem, z siłą wyższą, z przyrodą. Czynimy ustępstwa, obiecujemy żyć mądrze i dbać o zdrowie, w nadziei, że jakoś przebłagamy los, ale nie podejmujemy radykalnych kroków naprawczych. Aż w końcu dopada nas depresja, która sprzyja refleksji, rachunkowi sumienia i pokorze a w konsekwencji odważnej, radykalnej przemianie, stwarzając tym samym szansę na wyzdrowienie. Jeśli więc w porę nie przeżyjemy depresji, to już nie pozostanie nam nic innego prócz nadziei, że gdy czas przyjdzie, to doświadczymy zbawczej akceptacji nieuchronnego.

Tymczasem większość ludzkości wraz z jej politycznymi reprezentantami przechodzi właśnie fazę zaprzeczania, nie chce uwierzyć, że wisi nad nami śmiertelny wyrok. Zachowuje się jak pasażerowie Titanica, którzy nie chcieli uznać, że dzwonki alarmowe obwieszczają prawdziwy alarm i kontynuowali bal. Mimo alarmujących wyników badań, niezwykłych i groźnych zjawisk pogodowych i katastroficznych prognoz nie jesteśmy gotowi hamować i reformować powodującego kryzys systemu, nieustannie napędzającego wzrost produkcji i konsumpcji. W tym powszechnym zaprzeczaniu nie ma cynizmu ani złej woli – po prostu ludzie nie chcą uwierzyć, że to się naprawdę dzieje. Dlatego poszukują pseudonaukowych koncepcji, odwołań religijnych i teorii spiskowych, aby móc dalej beztrosko konsumować. Tego stanu świadomości nie da się zmienić siłą ani decyzjami politycznymi. Tylko szeroko zakrojona mądra edukacja i publiczny dialog mogą z czasem znacząco zmniejszyć liczbę zaprzeczających a zarazem sprawić, że ich demokratycznie wybierani reprezentanci przestaną rządzić światem.

To ważne tym bardziej, gdyż polityka stanowi taki obszar ludzkich poczynań, w którym łatwo ukryć brak profesjonalnych i osobistych kompetencji. Demokratyczny mandat pełni rolę zaświadczenia o moralności, dojrzałości, a nawet nieskazitelnej kondycji psychicznej. Dlatego zamach na mechanizmy i instytucje demokratyczne sprawia, że elity władzy stają się przechowalnią uosobionej psychopatologii. Tak jak to się stało na przykład w nazistowskich Niemczech czy w komunistycznej Rumunii. Bo kompensacja – w tym kompensacja władzą – nie leczy problemów psychicznych, lecz jedynie je znieczula, co podobnie jak w chorobach uzależnieniowych – wymaga coraz większych dawek znieczulenia, w tym wypadku poczucia władzy, znaczenia i prestiżu.

Tu dotykamy zjawiska, które nazywam kompleksem uzurpatora określanym w psychologii jako przekroczenie pułapu kompetencji. Chodzi o sytuację, gdy dana osoba piastuje urząd dający zakres władzy i odpowiedzialności przewyższający jej osobiste i profesjonalne kompetencje. „Uzurpator” może posiadać w pełni demokratyczny mandat do sprawowania swojej funkcji, ale brak kwalifikacji i pewności siebie sprawi, że jego/jej poczynania będą motywowane lękiem przed kompromitacją i przyjmować formę wyprzedzającej agresji. Będzie też tak dobierać ludzi w swoim bezpośrednim otoczeniu i tak wpływać na opinię publiczną, by uzurpatorska mistyfikacja przynajmniej za życia uzurpatora nie została zdemaskowana. Cechą takich zabiegów jest ich nadmiarowość: zbyt duża surowość lub ostentacyjna łaskawość, zbyt częste, paradne uroczystości, zbyt wiele odznaczeń na piersi, za duża czapka, za wysokie obcasy, za wysokie pomniki, za duże rezydencje itp.

Większość współczesnych decydentów najwyraźniej przeczuwa, że skala globalnych problemów przerasta ich kompetencje, co naraża ich na ryzyko kompromitacji. Gotowi są więc na skrajny populizm i demontaż demokracji, aby utrzymać się u władzy. To sytuacja tym groźniejsza, że dziś potrzebna jest zdolność do przeforsowywania w gremiach ustawodawczych decyzji niepopularnych, sprawny proces legislacyjny, zmierzający do ograniczenia konsumpcji a być może nawet do zmiany systemu ekonomicznego. Szanse na taką odwagę i na wystarczająco radykalną postawę wobec zagrożenia Ziemi i cywilizacji, ma przede wszystkim młodzież, bo w odróżnieniu od starszych, urządzonych w systemie pokoleń, to oni mają więcej do stracenia i czyste sumienie, a w konsekwencji mniej oporów przed ujrzeniem prawdy.

Ale kompleks uzurpatora pęta ręce nie tylko politykom i decydentom. Większość dorosłych obywateli świata niestety tkwi w tej pozycji więc jest psychologicznie skazana na fiksację w fazie zaprzeczania. Zaś mniejszość, która choć uświadamia sobie skalę problemu, trwa niestety w fazie targowania się: zredukujemy plastik, gazy cieplarniane, posadzimy trochę drzew i zaczniemy oszczędzać wodę – ale nie za szybko, tak aby nie psuć sobie złudzeń, a może się jakoś da uniknąć katastrofy. Cóż, lepiej się targować niż zaprzeczać czy atakować stawiających dramatyczną diagnozę. Lecz zbyt długie targowanie się może sprawić, że zabraknie nam czasu na niezbędne, radykalne zmiany.

Musimy więc jako zbiorowość ludzka jak najprędzej spojrzeć prawdzie w oczy i przejść uzdrawiającą fazę depresji i ekspiacji, a przy okazji przekroczyć powszechny duchowy niedorozwój objawiający się w gatunkowej uzurpacji zwanej antropocentryzmem. Zapewne 99 proc. z nas żyje w fałszywej kartezjańskiej tożsamości myślącego ego. Ale ponieważ nie jest to nasza prawdziwa tożsamość, więc by zamaskować egzystencjalny niepokój, który rodzi – stroimy się w szaty namaszczonych przez Boga panów planety i wszechświata. Jeśli więc nie zdemaskujemy szybko i na skalę gatunkową uzurpatorskiej natury ego, to niechybnie zniszczymy Ziemię, a wraz z nią – samych siebie. Taki jest bowiem los uzurpatorów – jak uczy historia.